Dzik Tymek - 4dziki

4dziki
Zespół

Dzik Tymek

Najmłodszy z najstarszych, samouk z sercem jak przester.

Data urodzenia: niech pozostanie tajemnicą – wiadomo tylko, że początek XXI wieku, wrzący Poznań i eksplozja dźwięków z lokalnych scen. To właśnie tam narodził się chłopak, który od pierwszego riffu wiedział jedno: scena to energia – trzeba ją dawać i brać z pełną mocą.

Początki, czyli muzyczny gen w rodzinie

Tymek dorastał w domu, gdzie rock nie był tylko muzyką, ale stylem życia.

Mama – fanka Comy i Marka Piekarczyka – wniosła w jego duszę alternatywną wrażliwość.

Ojciec – klasyk spod znaku TSA i Turbo – dodał mu szczyptę twardego riffu.

Brat – nowoczesny, w klimatach Korn i Gojira – pokazał, że metal też potrafi być progresywny.

Nic dziwnego, że w wieku 7 lat Tymek złapał za gryf i już wtedy wiedział, że „ta dziwna gitara z tyłu, chodząca własnymi ścieżkami” jest jego przeznaczeniem.

Metalowe początki

Pierwsze koncertowe kroki stawiał w pierwszej stolicy Polski, gdzie z zespołem Savior rozpoczął swoją muzyczną odyseję. Od razu wskoczył na głęboką wodę – techniczny thrash/death metal to nie zabawa dla początkujących.

Dyskografia

  • EP „Podział”
  • Singiel „War of Fictions”
  • Presidents of Noise
  • Vandalah
  • Tassack

Sprzęt

  • Maruszczyk Elwood 4C – nigdy nie było ideału, dopóki nie powstał ten.
  • Maruszczyk Elwood 5C – brat bliźniak, ale z charakterem.
  • Laboga Mr. Hector Duo Master – bo „basowe piece” to już przeszłość.
  • Efekty: Line 6, Boss, Shure – trochę orientu w tej polskiej miksturze musi być.

Dziki Tymek – basista, konstruktor, filozof riffu i jednocześnie chłopak, który nie boi się ubrudzić rąk.

Na scenie daje z siebie wszystko, poza sceną szuka równowagi.

Jak mówi sam o sobie: „Nie chodzi o to, żeby grać głośno. Chodzi o to, żeby czuć, że żyjesz.” 🎸

Prywatnie – dusza wolna i z przymrużeniem oka

Fan amerykańskiej motoryzacji – bo prostota i komfort to jego definicja wolności.

Miłośnik medytacji – bo tylko cisza potrafi okiełznać hałas w głowie.

Naczelny zbieracz kuponów z Kauflandu – widziano go tam co drugi dzień, niczym lokalną legendę z koszykiem w dłoni.